172

- O nie. To ja jestem terapeutą, pamiętasz? Moja kolej. - Wycelowała widelcem w jego pierś. - Przestań chociaż na moment. Wiesz, z psychologami jest taki problem, że oni zawsze są w pracy. Każdą napotkaną osobę traktują jak kolejny przypadek. Zaraz by chcieli badać, analizować. - Uogólniasz. - Wcale nie. Wzruszył ramionami. Zobaczyła jego rozbawione oczy, lekko uniesione kąciki ust. - W porządku, pani doktor, co chciałaby pani wiedzieć? - Po pierwsze, czy kiedykolwiek byłeś żonaty? Zmienił się na twarzy. - Raz. - Hm. - Krótko. Dawno temu. Tak jak już mówiłem, nie mam dzieci. - Spotykasz się z nią? - Rzadko. - Masz dziewczynę? - Teraz? - Potrząsnął głową. - Nie. Pamiętaj, dopiero przyjechałem. - Ale może w domu czeka na ciebie jakaś kobieta. - Na środkowym zachodzie? Nie. Nie czeka na mnie żadna kobieta. - Pomyślałam, że uciekasz przed czymś, przed ponurą, mroczną, posępną przeszłością i dlatego tu przyjechałeś. - Może uciekłem do czegoś. - Do czego? - To się okaże - drażnił się z nią. Uśmiechnął się swobodniej. - Może to było przeznaczenie, los, określony układ planet. - Tak myślisz? - zapytała rozbawiona. - Któż to wie? Może to była moja najlepsza decyzja w życiu. Czyż to nie wspaniałe siedzieć tak w restauracji w Savannah, rozkoszować się fantastycznym jedzeniem i towarzystwem pięknej, fascynującej kobiety? - Która może jest zamieszana w zabójstwo męża - przypomniała mu, niszcząc magiczną atmosferę tego wieczoru. - Nie mówmy o tym, dopóki nie zjemy kolacji. - To nie takie proste. - Spróbuj. - Przywołał kelnerkę i poprosił o ciasto i lody. - Jeszcze tylko kilka minut. - W porządku. - Starała się jak mogła. Śmiała się, dowcipkowała, pozwoliła się nakarmić kawałkiem ciasta. Spoglądała na ciemny plac, próbując nie wyobrażać sobie czujnych oczu, śledzących z ukrycia każdy jej ruch. Z Adamem była bezpieczna. Ufała mu. Kiedy uregulował rachunek i nie pozwolił jej zapłacić za siebie, nie protestowała. Wyszli razem i gdy na ulicy wziął ją za rękę, również nie protestowała. Podeszli do jej samochodu i poczuła się rozczarowana, że wieczór dobiegł końca. - Może przyjdziesz jutro - zaproponował. - Możemy porozmawiać, o czym tylko będziesz chciała. Znasz mój domowy numer, prawda? - W torebce mam wizytówkę. - To dobrze. Dzwoń o dowolnej porze. - Ścisnął jej dłoń. - Kiedy tylko zechcesz. - Możesz tego żałować.
Znał dobrze okolicę; pojechał na Wilshire i krążył niemal pustym bulwarem. Minął go
– Doprawdy? Teraz? Kiedy od jej śmierci minęło... Ile to lat? Dziesięć? Dwanaście?
Nic nie trzyma się kupy, stwierdził Bentz. Zerknął w okno. Kształtna kobieta około
jutro spotka.
- Skąd masz te informacje? - Od znajomego znajomego. - Plotki - powiedział rozczarowany. - Takie same jak te, za które płacimy codziennie naszym informatorom. - Pogłoski nie mają żadnego znaczenia w sądzie. - Nawet nie wiemy na pewno, czy to morderstwo. Po prostu dzielę się z tobą informacjami, które udało mi się zebrać. Sprawdzę je i dowiem się, jaka jest prawda. - Uśmiechnęła się. - Na wypadek, gdybyśmy jednak mieli z tym trafić do sądu. Spojrzał na jej nastroszone włosy i ciemniejsze odrosty. - Nie usłyszałaś tego w salonie piękności? - Cholera, nie. - Jeden kącik jej ust się uniósł. - Nie chodzę do salonów piękności. Boże, nie znoszę tej nazwy. Zakład kosmetyczny też nie jest dużo lepszy. To - wskazała na sztywne blond włosy - może się zdziwisz, ale to nie jest robota profesjonalisty. Pewnie myślisz, że zapłaciłam czterdzieści, sześćdziesiąt albo i sto dolarów jakiejś fryzjerce, ale do diabła, nie. To powstało dzięki staremu dobremu Clairolowi i nożyczkom, które odziedziczyłam po babci. Co sześć tygodni poświęcam mojej fryzurze około dwóch godzin i voila, oto główne clou programu! - Po prostu clou. - Tak, wiem. - Wstała i znów pokazała na swoje włosy. - Tanio, szybko, nowocześnie! - Skoro tak mówisz... - Bo tak jest - powiedziała, grzebiąc w torebce. Wyciągnęła paczkę marlboro. - Czas na krótką przerwę. Chcesz jednego? - Raczej nie. Lepiej sprawdzę znajomych i rodzinę Josha Bandeaux. Skoro naprawdę był tak nielubiany... - Niektórzy nazywali go Josh Bandyta Bandeaux. - Uroczo. - Świetnie do niego pasowało. Myślę, że nazwała go tak któraś z jego byłych kobiet. Prasa to podchwyciła... - W to akurat nie wątpię. - Nie kochasz czwartej władzy, co, Reed? - Ani trochę. Spytała: - Myślisz, że mogłabym sprzedać to zdjęcie? - Wskazała ekran komputera. Josh leżał na swoim drogim biurku, tak jak go znaleźli, z zaschniętą krwią na palcach. Widać było nawet kałużę na dywanie. - Każdy, kto zapłaci, będzie mógł zrobić sobie z tego tapetę, wygaszacz ekranu lub coś w tym rodzaju. - Śmieszne - powiedział bez cienia uśmiechu. - Myślałam, że docenisz mój żart. Nagle spoważniała. Reed przypuszczał, że Morrisette była bardziej związana z tym draniem, niż chciała się przyznać. Mógłby się założyć, że nie zapominała tak łatwo swoich mężów czy kochanków. Wyglądała na twardą sztukę, ale wcale nie była taka silna. Raczej udawała. Z tego, co słyszał, dorastała bez ojca. Krążyły plotki, że ojciec porzucił matkę dla młodszej kobiety zaraz po narodzinach Morrisette. Ale tak tylko gadali ludzie. Miejscowe ciemniaki. Reed nie znał prawdy i niewiele go ona obchodziła. A raczej do tej pory go nie obchodziła.
Rozpalony, spragniony, pocałował ją namiętnie.
Że jest naiwnym dupkiem, który rusza w pogoń za cieniem.
Żadnych powodów do podejrzeń.
– Nie strzelałem.
Po Jennifer.
Weź się w garść. Musi być jakiś sposób!
Spojrzał na komórkę – miał mnóstwo wiadomości. Głównie od O1ivii. W ostatniej
sobie rękę uciąć, że ktoś tu był, obserwował... Czekał, jakby wiedział, że przyjedzie na

Zdezorientowana i przestraszona Milla z trudem spojrzała w

– Może wpadła tu, gdy byłyśmy zajęte albo gdy był ktoś inny, ale na pewno nie jest naszą
– Zdawała sobie sprawę, że ich związek przyniesie same kłopoty, zwłaszcza że James był
trzydzieści pięć lat niż na czterdzieści pięć i nie sądził, by zawdzięczała to skalpelowi

– Och, Rick. – Westchnęła i wyszła ze stygnącą herbatą na werandę. Pies nie odstępował

desperacko spróbowała nabrać powietrza. Ręka ściskająca jej gardło
- To dobrze. Dobrze, że... nie jest natrętny Ale co z
285

Po drugiej stronie zapanowało przez chwilę niezręczne milczenie, Reedowi wydawało się, że słyszy trzask zapalniczki, a potem gwałtowny wydech. - Czy nie żyje? Do diabła, to jest pytanie. Mam nadzieję, że żyje. Szukam odpowiedzi. - Zanim Reed zdążył zadać kolejne pytanie, Montoya dodał: - Jestem osobiście zainteresowany tą sprawą. Każda pomoc z pańskiej strony będzie mile widziana. Brzmiało to szczerze. - Nie ma sprawy. Chociaż nie wiem, w czym mogę być pomocny. - Po prostu niech pan mnie informuje na bieżąco. Wyślę zdjęcie, jej dane i najważniejsze informacje. - W porządku. Podam panu numer faksu. - Już go mam. Dzięki. Dziękuję panu - powiedział Montoya. Reed odłożył słuchawkę. Jaki związek może mieć zniknięcie Marty Vasquez z morderstwem Josha Bandeaux? Przypadek czy kolejny trop? Zrobił notatkę i usłyszał zbliżające się znajome kroki. Morrisette. Spieszyła się. Sekundę później wpadła do pokoju. - Zgadnij, co się stało? - wypaliła, sadowiąc swój drobny tyłeczek na biurku. - Nie mam pojęcia. - Ej, nie umiesz się bawić. - Już to słyszałem. Wiele razy. - Znów pisząc naszej ulubionej rodzince. - Oczy Morrisette błysnęły. Naprawdę była podekscytowana. Za to Reed poczuł ucisk w żołądku. - Montgomery? - I kto śmiał przypuszczać, że nie jesteś superdetektywem? - Na przykład ty. Uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając zęby. - Jeśli chodzi o wczorajszy wypadek Amandy Drummond, to już o nim słyszałem i nawet rozmawiałem z nią w szpitalu. Twierdzi, że ktoś próbował ją zabić. Właśnie miałem do ciebie dzwonić i zapytać, czy chcesz jechać ze mną. Trzeba spisać jej zeznania. - Cholera, powinnam była się domyślić, że już o wszystkim wiesz - powiedziała trochę zawiedziona. - Jasne, jadę, nie chciałabym przegapić tej rozmowy. Zadzwonił telefon i Reed przełączył rozmowę na głośnik. - Reed, słucham? - Jest kilka faksów do pana - powiedziała sekretarka. - Zaraz je odbiorę. - Właśnie się rozłączał, gdy zobaczył Amandę Drummond pędzącą jak burza prosto do jego pokoju. - Wygląda na to, że przeprowadzimy tę rozmowę tutaj - powiedział szeptem, gdy Amanda wparowała przez otwarte drzwi. - Powiedział pan, że będzie potrzebne zeznanie - powiedziała, nie witając się - więc pomyślałam, że załatwię to formalnie. Pewnie powinnam rozmawiać z tym gburowatym zastępcą szeryfa, ale wydawało mi się wczoraj w szpitalu, że dostrzega pan jakieś powiązania między śmiercią Josha a moim wypadkiem. Dlatego postanowiłam spotkać się z panem. - W porządku. To moja partnerka. Detektyw Morrisette. Zostanie z nami. Jeśli nie ma pani nic przeciwko temu, będę nagrywał pani zeznania. - Sięgnął do szuflady po dyktafon i zauważył, że Morrisette wyciągnęła z kieszeni mały notatnik i długopis.

184
- Został na dnie rzeki.
zdawało się, jakby oni dwoje byli ostatnimi ludźmi na ziemi.